The limits of my language mean the limits of my world.
— Ludwig Wittgenstein

Moja językowa historia

O czym to ja chciałam...? A tak, chciałam Ci opowiedzieć moją jezykową historię.

Obecnie mieszkam w Hiszpanii, jestem nauczycielką języka angielskiego i hiszpańskiego, ale nie zawsze to było takie oczywiste.

Urodziłam się w Polsce, w Sosnowcu i spędziłam tam 31 lat życia (nie licząc podróży mniejszych i większych). Zawsze lubiłam uczyć się języków. Zaczęłam uczyć się angielskiego mając 6 lat, potem w szkole doszedł mi francuski. Sama poprosiłam rodziców o lekcje niemieckiego, kiedy miałam około 14 lat, bo chciałam rozumieć komentatorów skoków narciarskich, a wtedy skoki można było zobaczyć tylko w niemieckiej telewizji. Do tej pory kocham ten język całym moim sercem.

Angielski przychodził mi najłatwiej, więc idąc po linii najmniejszego oporu, (podobno lenistwo to cecha ludzi inteligentnych ;)) zdecydowałam się studiować filologię angielską i zupełnie nie żałuję. To były jedne z najlepszych lat mojego życia!

Natomiast te studia nauczyły mnie jednej rzeczy - tłumaczenia nie są dla mnie. A jasne, bo nie wspomniałam wcześniej - na studiach miałam specjalizację tłumaczeniową z językiem niemieckim. Zatem skoro tłumaczenie nie, to spróbowałam czegoś innego, czego nigdy nie chciałam robić, czyli nauczania. I co się okazało? Że to strzał w dziesiątkę!

Zaczęłam nauczać już w trakcie studiów i tak to trwa do dzisiaj czyli już ponad 17 lat! Aż sama nie wierzę, że aż tyle! I w tym czasie poznałam tylu ludzi w różnym wieku, na różnych poziomach. O mamusiu, nie dałabym rady zliczyć. Jedną z moich uczennic zaczęłam uczyć angielskiego, kiedy miała 12 lat. Teraz ma lat 28 i uczę ją hiszpańskiego, bo angielski ma już tak opanowany, że nie nauczyłabym jej niczego więcej. Aż moje serduszko się śmieje.

No dobra, git, ale gdzie ten hiszpański? Bo na razie to go nigdzie nie ma. No nie ma, bo jego nigdy w planach nie miałam. Ale oczywiscie jak to mówi nasze cudowne przysłowie: “jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość”.

Kiedy miałam 30 lat, życie prywatne mi się troszkę skomplikowało i aby sobie wszystko ładnie poukładać w głowie, postanowiłam zgodnie z tym co śpiewają Counting Crows - take a holiday in Spain (jeśli nie znasz, to koniecznie obczaj tę piosenkę) - odwiedzić kolegę, który akurat mieszkał w Hiszpanii, w Salamance (do tej pory to jedno z moich ukochanych miast).

I tam oczywiście, wszystko się poprzestawiało, postawiło na głowę, poukładało i zdecydowałam, że daję sobie rok na naukę hiszpańskiego i przyjadę tam znowu za rok, ale tym razem na dłużej.

I jak postanowiłam, tak zrobiłam. Jak ja się wtedy uczyłam! Co to była za motywacja! Kupiłam sobie jakąś podstawową książkę do gramy, znalazłam partnerów do wymiany językowej, zaczęłam oglądać materiały autentyczne właściwie od samego początku i tak codziennie nad tym hiszpańskim spędzałam od 5 do 7 godzin.

A potem na tej platformie do wymiany językowej poznałam mojego przyszłego męża, Julio, i to już poszło jak z górki. Jak zaczęłam się uczyć w sierpniu, od zera, to w maju kolejnego roku na testach poziomujących wychodził mi poziom C1. Taki to był progres. Teraz widzę, że jeszcze duuuużo mi zostało do nauczenia, i dalej cały czas się uczę, ale nie będę sobie odbierać zasług, bo wtedy naprawdę ciężko pracowałam nad językiem.

I w ten sposób dotarliśmy do tego miejsca. I jeszcze w międzyczasie przeprowadziłam się do Hiszpanii, wzięliśmy ślub, urodziłam dziecko, zrobiłam parę kursów, zaczęłam nauczać hiszpańskiego i stwierdziłam, że to uwielbiam. I jeszcze razem z Julio zaczęlismy nagrywać podcast, moje spełnienie marzeń, bo jak byłam młodsza to chciałam pracować w radiu,

Mam nadzieję, że udało Ci się dotrwać do końca tej opowieści i poczujesz, że znasz mnie odrobinę lepiej.